Moje zdjęcie
UWAGA! UWAGA! TEN BLOG NIE BĘDZIE PRZEZ NAS UŻYWANY I ZOSTANIE WKRÓTCE PRZENIESIONY NA NASZA NOWĄ STRONĘ "Travelling Butterfly" (www.travellingbutterfly.com) Zajrzyjcie na nową stronę żeby śledzić co się z nami aktualnie dzieje! Pozdrawiamy. Julita & Wojtek
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta w Australii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta w Australii. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 marca 2012

Na tropie dziobaka - Park Narodowy Eungella

Do Eungella zajechaliśmy po drodze z Mackay do Airlie Beach. Eungella to park narodowy, znany z tego, że jest to jedno z najlepszych miejsc w Australii, żeby zobaczyć dziobaka (platypusa) na żywo (lub z braku szczęścia przynajmniej rodzinę żółwi wodnych :)).  

Dziobak (platypus) - to główna atrakcja Eungella i Broken River
Wyjątkowość dziobaka polega na sposobie rodzenia młodych: otóż jest to jedno z trzech obecnie żyjących jajorodnych zwierząt i jedyne żyjące w wodzie (pozostałe dwa to gatunki kolcztaki, czyli echidny).  W sumie to jest to dość małe zwierzątko (do 50 cm długości), ma dość potężny dziób – może nim rozbijać twardy pancerz krabów a pomiędzy palcami ma błonę, co sprawia, że jest bardzo dobrym pływakiem oraz nurkiem. Widzieliśmy kilka platypusów pojawiających się na powierzchni rzeki, które znikały po jakiś 30-40 sekundach, żeby za chwilę znów się wynurzyć, ale w zupełnie innym miejscu. Chyba nie lubią za bardzo słońca, więc na obserwację najlepiej wybrać się w pochmurny dzień. Z ciekawostek: małe karmione są mlekiem przez futerko mamy (z braku sutków). Dziobaki są także bardzo terytorialne i samce mogą walczyć z innymi dość brutalnie używając do walki ostróg rosnących na tylnych łapkach. 

Żółwie wodne mieszkają w tej samej rzece co dziobaki - jeżeli dziobak się nie pojawi, przynajmniej żółwie gwarantowane
 Park położony jest na zboczu samotnie stojącej góry i ma swoisty mikroklimat – szczyt jest często spowity chmurami i pada tam deszcz, stąd też nazwa, która w języku lokalnego plemienia Aborygenów oznacza ‘kraj chmury’.

W drodze do Krainy Chmury - obiecujemy, że łatwo się tam zgubić, bo ani GPS ani google maps nie działają
Park składa się z dwóch osobnych części – wąwozu Finch Hatton Gorge, który  znajduje się u podnóża góry oraz okolic rzeki Broken River na górze. 
 

Główna część parku Eungella (okolice Broken River) to miejsce, gdzie można podziwiać przepiękne widoki na dolinę poniżej. Wydaje się, że to miejsce jest idalne na loty paralotnią i chyba wszyscy odwiedzający park zajeżdżają do starego pubu z 1933 o nazwie Eungella Chalet z przepiękną panoramą. Chyba spokojnie mógłby on startować w konkursie na pub z najlepszym wiodokiem! 

Widok na dolinę z pubu Eungella Chalet
Druga część parku – wąwóz Finch Hatton jest dość trudno dostępny: ostatnie kilometry drogi jedzie się nieutwardzoną żużlówką i trzeba przekraczać kilka czasem bardzo wartkich strumyków. Idealnie przydałby się samochód z napędem na cztery koła, ale można tam dostać się również zwykłym samochodem, jeśli ostatnio nie padało zbyt dużo deszczu (uwaga – samochodów z wypożyczalni zwykle nie można zabierać poza asfaltowe drogi). 

Finch Hatton
Pogoda była bardzo tropikalna, więc skorzystaliśmy  kąpiel w chłodnym strumieniu, woda rzeczywiście była bardzo rześka i super-czysta. Niestety nie dotarliśmy do końca kanionu, gdzie mały wodospad wpada ze skał do niewielkiego jeziorka wypełnionego wodą ze strumieni.

W strumieniu - Finch Hatton
Udało nam się natomiast wykąpać w jeziorku już bliżej Airlie Beach – około 20 km od miasteczka znajduje się przepiękny wodospad Cedar Creek Falls. Spływajaca woda tworzy tam spore jeziorko, idealne do schłodzenia w uplany dzień. 


Cedar Creek Falls
Wodospad ma ok. 25 metrów wysokości, ale to nie odstraszyło śmiałków od wspinania się na szczyt i skoków do jeziorka. Jeden z miejscowych kolesi wspinał się tak sprawnie, że nie zajmowało mu to więcej niż 2 minuty! 
Więcej zdjęć w albumie Picasa Whitsundays (zdjęcia od 168)

J&W

wtorek, 13 marca 2012

Mon Repos – plaża gdzie zaczyna się morska wędrówka żółwi

Z Brisbane do plaży Mon Repos niedaleko Bundaberg jest ok. 400 km i jakieś 5 godzin jazdy samochodem. Ale jeżeli chce się zobaczyć małe żólwie, tuż po urodzeniu, to właśnie do Mon Repos jest najbliżej. Małe żółwie wykluwają się od stycznia do końca marca, i dzieje się to tylko w nocy. Zdecydowana większość żółwi wylęgających się na tej plaży to dziewczynki, gdyż płeć żółwi determinuje temperatura piasku, w którym dojrzewają jaja. Jeżeli jest powyżej 28,6 stopni C to wylęgną się dziewczynki, poniżej tej temperatury chłopcy (głównie na wyspach – Lady Elliott oraz w północnym QLD, gdzie piasek jest zdecydowanie jaśniejszy i nie nagrzewa sie tak moco, jak ten brązowy w Mon Repos).


Żółwie mają taki wewnętrzny GPS, który kieruje je na składanie jaj w miejscu, w którym same się wylęgły. Zaraz po wykluciu się z jajka, mały żółw instynktownie kieruje się do oceanu i podczas tej wędrówki zapamiętuje pole magnetyczne danej plaży. Po dotarciu do wody małe żółwie płyną bez przerwy przez trzy doby, czerpiąc energię z resztek żółtka jajka, z którego się wykluły. Po trzech dniach przestają płynąć – pozwalają się porwać falom a same koncentrują się na jedzeniu, pozostając na głębokich wodach aż do osiągnięcia dojrzałości.  Jest to niesamowita wedrowka, bo żółwie osiągają dojrzałość w wieku około 30 lat. I taka żółwica wraca do miejsca swoich narodzin (korzystając z zapamiętanej mapy pola magnetycznego), składa jaja, zakopuje je i wraca do oceanu. Samce w ogole nie wracają z głębokiego oceanu, więc te kilka minut po urodzeniu to najczęściej ich pierwszy i ostatni kontakt ze stałym lądem.

Morskie żółwie tuż po wylęgnięciu nie za bardzo przypominają olbrzymy w jakie się przerodzą za jakieś 30 lat!
Na plaże Mon Repos każdego roku wraca około 300-400 żółwic, które składają jaja zazwyczaj kilkakrotnie w sezonie, za każdym razem tworząc gniazdo złożone z około 130 jaj zakopanych w piasku, z których wylęgnie się około 40-50 tys. żółwi. Niestety za jakieś 30 lat z tych nowo wyklutych żółwi wróci może 40-50 – reszta zginie zaplątana w sieci rybackie, silniki łodzi lub zjedzona przez drapieżniki.

Gniazdo żółwi tuż po wykluciu - jest ich około 100 sztuk i niedłuo wyruszą w morską podróż życia
Na plaży Mon Repos pojawiają się trzy gatunki żółwi morskich: Loggerhead, Green oraz Flatback.96% żółwi składających jaja na tej plaży to Loggerhead, gatunek który jest zagrożony wyginięciem; dzięki projektowi ochrony prowadzonemu od 1968 na tej plaży jest duża szansa, że liczba tych żółwi zwiększy się na tyle, żeby zachować gatunek. Co do 'mniejszościowych' gatunków to obydwa są bardzo ciekawe. Flatback żyje tylko i wyłącznie w płytkich wodach opływających Australię, więc jest to jedyny kraj gdzie można zobaczyć ten gatunek. Zamiast twardego pancerza jak u reszty żółwi, skorupa Flatbacka jest  pokryta skórą, która będzie krwawić jeśli żółw zostanie zraniony. Green Turtle to największy z trzech gatunków i jedyny z nich odżywiający się jedynie roślinami (pozostałe dwa żywią się głównie małymi stworzeniami morskimi, np. krewetkami). Żółw ten zawdzięcza swoją nazwę (Green Turtle to Zielony  Żółw) nie swojemu kolorowi, ani nawet nie temu że jest on wegtarianinem :-) ale dlatego, że jego mięso ma zielony kolor...

Loggerhead (model)

Flatback turtle (model)
Green turtle (model)
A jak wygląda sama obserwacja wylęgania się żółwi? Otóż najpierw trzeba sobie zarezerwować bilet na stronie Bundaberg Visitor Information Centre. Maksymalnie 300 osób dostaje przepustkę na odwiedzenie plaży, więc rezerwację na sobotni wieczór trzeba zrobić ze sporym wyprzedzeniem. Po dotarciu na miejsce przydzielane są numerki do grup zwiedzających (każda grupa liczy do 50 osób). Nam przypadła grupa nr 4, bo bilety zarezerwowaliśmy dość późno (mniej więcej z 3-tygodniowym wyprzedzeniem) i z tego powodu czekaliśmy ponad dwie godziny w "poczekalni", czyli budynku centrum dla zwiedzających... Dopiero około godz. 21.30 wyruszyliśmy na plażę z dwoma strażnikami, którzy opowiadali nam o całym procesie i generalnie o życiu żółwi i ich zachowaniach. Nasza grupa miała przydzielone żółwiki, które po wykluciu się z jajel zaplątały się gdzieś w skałach, gdzie były skazane na pewną zagładę, więc zostały przeniesione przez strażników na plażę. Mieliśmy sporo czasu żeby się im przyjrzeć, podotykać i zrobić zdjęcia. Następnie w programie było wypuszczenie żółwi do oceanu. Szczęśliwcy, którzy mieli latarki przy sobie dostali poważne zadanie: utworzenie świetlnej autostrady wskazującej kierunek do wody. Wojtek był pierwszą osobą nakierowującą i dosłownie setka żółwików go oblazła! Od razu było widać, że są liderzy grupy i maruderzy, podobnie jak w maratonach. Niektóre żółwie osiągnęły cel w ciągu 3-5 minut, maruderzy potrzebowali wsparcia i dopingu! Dzieciaki nawet ponazywały sobie wybrane osobniki i robiły zakłady, który pierwszy dotrze do wody. 

"Poczekalnia"  w centrum dla zwiedzających
Świetlna autostrada prowadząca małe żółwie z gniazda do oceanu
Po pożegnaniu żółwików mieliśmy pokaz liczenia wyklutych jaj z jednego gniazda. W tym naszym było 105 skorupek, 98 w pełni wylęgniętych a reszta z różnych powodów nie zakończyła się sukcesem. Przy oglądaniu skorupek dowiedzieliśmy się: 
- że żółwie jajo wygląda jak piłeczka pingpongowa, 
- że w temperaturze powyżej 32 stopniu takie jajo się gotuje i wtedy nici z żółwi (np. niestety 6 lat temu plaża w Mon Repos dosłownie się przegrzała i niewiele żółwi się wylęgło,
- że małe żółwie są bardzo wrażliwe na światło, ale to święcące na wysokości horyzontu, dlatego też podążają w kierunku fal morskich, które odbijają światło, a nie księżyca,
- że w trakcie wędrówki do wody wyrabiają się płuca małego żółwia i dlatego ten bieg odgrywa kluczową rolę w zakończeniu formowania się osobnika (dlatego też nie można im pomagać dostać się do wody nawet jeśli wydaje nam się że się męczą),
- że w czasie jak żółw sobie rośnie przez następne lata przemierza tysiące kilometrów, jednak jego dokładne losy nie są znane – te lata nazywane są latami straconymi. 


Dopiero od momentu złożenia pierwszych jaj żółwie są monitorowane przez ośrodki takie jak Mon Repos, nadawane są im imiona i liczone lata życia. Te najdłużej żyjące z morskich żółwi to Green Turtles, może dlatego że są wegeterianami... Tak serio, to dieta żółwi różni się dość znacznie w zależności od gatunku i w sumie nie spodziewaliśmy się, że powódź w Brisbane w ostanim roku dotknęła też żółwie. Otóż duża liczba Green Turtles umarła z głodu, ponieważ tereny gdzie głównie żerują zostały wymyte z roślin którymi się żywią...
Mały loggerhead jest dość silny i potrafi odpychać się płetwami i gryźć dziobem
Kolejnym dużym zaskoczeniem był dla nas fakt, że na znaczny spadek liczby żółwi oprócz zanieczyszczeń wody i kłusownictwa, miało wpływ przywiezienie  z Europy lisów oraz świń. Pomimo że zwierzęta te zostały przywiezione w rozsądnych celach: lisy na wyścigi, świnie jako żywność, niestety wymknęło się to spod kontroli ludzi i obecnie i lisy i świnie żyją sobie dziko na wolności w północnym Queensland i jednym z ich przysmaków są właśnie jaja żółwi – bardzo trudno nad tym zapanować. Tu w Mon Repos lisy odganiane są przez strażników i dodatkowa bardzo przestrzegane są zasadyczystości – wszelkie skorupki są wynoszone z plaży, żeby zapachy nie wabiły jajożerców


A jak Ty możesz przyczynić się do ochrony tych przepięknych zwierząt? Po prostu staraj się nie zaśmiecać wód – dryfujące reklamówki czy plastikowe opakowania mogą udusić żółwia; na pewno też nie pomagają innym morskim zwierzętom...

J&W

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Świąteczny prezent: koala

Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami i wielu z Was zastanawia się, co podarować ukochanej osobie. Oczywiście prezentem może być płyta, książka, iPod, laptop, skarpetki, szalik itp. itd. Ale może w tym roku zafundujesz bliskiej osobie coś mniej trywialnego, np. koalę! 

Zdjęcia tej uroczej rodziny zrobiliśmy w grudniowny weekend, ten mały koala to naprawdę 'bobas', miał spore problemy z wdrapaniem się na grzbiet mamy i dosłownie pełzał po gałęzi, bo jeszcze nie potrafi chodzić na 'czworaka' - uroczy widok!

Oczywiście nie można kupić koali na ebay’u, zapakować i wysłać do domu.  Jest jednak inny sposób, po prostu zaadoptuj koalę, tego prawdziwego zamieszkującego swoje naturalne środowisko w Australii przez organizację Australian Koala Foundation: https://www.savethekoala.com/adopt-a-koala.html
Więcej o tych przeuroczych zwierzątkach w poście Koala nasz nowy ulubieniec

Jeżeli podsunęłam Ci pomysł na świąteczny prezent, to bardzo się cieszę! Życzę spokojnych przygotowań do Bożego Narodzenia 2011. 

J

niedziela, 11 grudnia 2011

Binna Burra: szlakiem Aborygenów – Lamington Park cz. II

Niedaleko Brisbane znajduje się przepiękny Lamington National Park (o naszej pierwszej wycieczce w to miejsce czytaj w tym poście: Lamington Park cz. I), a obszar Binna Burra przylega właśnie do tego parku, od strony wybrzeża Gold Coast. W drodze do Binna Burra zatrzymaliśmy się, żeby podziwiać widok na Surfers Paradise i poobserwować paralotoniarzy wznoszących się nad doliną.



Binna Burra i O’Reilly’s łączy 22 kilometrowy szlak graniczny (Border Track), biegnący wzdłuż granicy Queensland z Nową Południową Walią, który zamierzamy wkrótce przebyć. Wracając do Binna Burra – to nie tylko las tropikalny, ale również obszar historycznie bardzo ważny dla plemion Aborygeńskich, które wykorzystywały znajdujące się tam wgłębienia skalne jako schronienia oraz miejsca do gotowania. Jaskinie zostały wyrzeźbione w skałach wulkanicznych przez deszcz oraz wiatr i nazywają się Kweebani Caves.  Przy skałach znajdują się tabliczki z informacjami o plemionach aborygeńskich, które tam mieszkały i o ich zdolnościach do wykorzystywania darów natury oraz medycyny naturalnej (informacje te przekazane zostały z pokolenia na pokolenie w formie piosenek czy rymowanek). 

Kweebani Caves
To nie wiosna tylko początek zimy w Australii...

Binna Burra w języku aborygeńskim oznacza miejsce gdzie rosną drzewa z gatunku Anctartic Beech, prastare olbrzymy wznoszące się nawet do 50 metrów! Pochodzenie tych drzew sięga czasów prehistorycznego superkontynentu Gondwany, czyli połączonych Australii, Antarktyki i Ameryki Południowej.
Anctartic Beech

 
 
 
Nam Binna Burra podobała się z kilku względów: szlaki prowadzą wzdłuż grzbietów gór i dzięki temu można podziwiać przepiękne widoki na okolicę, doszliśmy do dzikiego wodospadu, oraz udało nam się zobaczyć po raz pierwszy małego leśnego kangura.

 
 
W Binna Burra udało się nam też usłyszeć przedziwny śpiew ptaka Alberta (podobno usłyszeć go łatwiej niż zobaczyć). Ten ptak jest bardzo nietypowy, gdyż samiec tego ptaka potrafi imitować różne dźwięki, które usłyszy łącznie ze śpiewem innych gatunków ptaków, odgłosami różnych urządzeń mechanicznych, a nawet ludzkim głosem! Robi to w celu oczarowani potencjalnej partnerki i można to usłyszeć tylko i wyłącznie w miesiącach zimowych od maja do września. I właśnie dlatego wydaje nam się, że to był ten ptak, gdyż to niemożliwe, żeby niemowlę zostało zabrane na wycieczkę do lasu tropikalnego, a to co usłyszeliśmy brzmiało właśnie jak płacz małego dziecka dochodzący gdzieś z głębi drzew! Zajrzyjcie tutaj na YouTube, żeby posłuchać tego niesamowitego ptaka, który tutaj akurat imituje na przemian odgłosy różnych narzędzi budowlanych oraz całą gamę gosów innych ptaków (na 1.47 min nie tylko śpiewa, ale również rozkłada ogon): You Tube Albert's Lyrebird

 
Egg Rock o zachodzie słońca
J&W

poniedziałek, 7 listopada 2011

Melbourne Cup – wyścigi które zatrzymują cały kraj

Melbourne Cup to najbardziej prestiżowe zawody konne w Australii. W dniu wyscigów  organizowane są uroczyste lunche nie tylko w restauracjach, ale również w biurach. Ludzie ubierają się uroczyście, wspólnie oglądanie wyscigów to rutuał, którego nie można opuścić. Tu w Australii mówi się, że te wyścigi wstrzymują oddech całego narodu….W Victorii (tam gdzie leży Melbourne) dzień wyscigów jest dniem wolnym od pracy…Zawsze odbywają się w pierwszy wtorek listopada.

A jak to wyglada od środka? Otóż gwoździem programu dla normalnych ludzi, jest udział w loterii w miejscu pracy. Nie są to zakłady, bo nie możesz obstawić konia, którego chcesz, tylko po prostu losujesz jednego z 24 startujących w najważnieszym wyscigu, tym najdluższym na 3200 metrów. W Queensland ten wyścig (7 z kolei tego dnia) zaczyna się o 2 popołudniu lokalnego czasu. A cały poranek trwają przygotowania….I tu zaczął się mój udział, a można nawet powiedzieć główna rola tego dnia. Otóż zostałam nominowana na skarbnika, który sprzedawał losy, a następnie rozdzielał nagrody.

Dumny skarbnik prezentuje poster reklamujący Melbourne Cup w School of Education
Loteria nazywa się cup sweeps i w każdej gazecie są wydrukowane wkładki z listą startujących koni. Pod każdym koniem jest pozostawione miejsce na dopisanie imienia osoby, która wylosowała danego konia. W wyścigu startuje 24 koni, więc do sprzedania są 24 losy. Ceny losów ustalane są w każdej  pracy według uznania, u mnie mieliśmy 3 cup sweeps po 2, 5 i 8 dolarów. W dwóch pierwszych loteriach pieniądze dzielone były między 3 pierwsze miejsca, w tej z najdroższymi losami zwycięzca zgarniał całą pulę. 


A tak wygladał nasz cup sweep za $5 - zerknijcie sobie na nazwy koni - nikt nie chciał numeru 4, ciekawe czemu....
W tym roku jeden z koni został wycofany z powodu kontuzji, tak więc miałam do sprzedania 69 losów. Podobno w zeszłym roku tylko połowa tych najdroższych losów zostala sprzedana, więc się troszkę stresowałam jak to pójdzie, gdy sprzedam tylko cześć…Wymysliłam nawet, że ostatecznie sama kupię niesprzedane losy. Miałam czas od 9 rano do 12 …No cóż może w tym roku ludzie byli bardziej nastawieni na wygraną albo po prostu na zabawę, gdyż wiekszość losów sprzedałam do 11. Pozostałe 5 opchnęłam z latwością w ciągu następnych kilku minut….

Zbliżała się druga i wszyscy przenieślismy się na oglądanie wyścigów, faworytem był Americain numer 1 (to koń który wygrał te zawody w zeszłym roku), ale zaraz po starcie numer 14 calkiem dobrze sobie radził. Dostałam wskazówki, że te konie które na początku dobrze biegną zazwyczaj nie wygrywają….
Końcówka była bardzo emocjonująca, gdyż dwa pierwsze konie dosłownie dobiegły łeb w łeb, nawet na powtórkach wciąż nie można było zdecydować, który koń był szybszy. Jednak sędziowe musieli zdecydować, i koń z numerem 3 został championem tegorocznych wyścigów. Na drugim miejscu numer 12, na trzecim 9. Cały wyścig trwał niecałe 10 minut – razem z powtórkami. Naprawdę byłam pod wrażeniem, że na taką chwilkę tyle przygotowań…Atmosfera tego wydarzenia byla niesamowita, trzeba to naprawdę przeżyć, te ogromne emocje na twarzach najstarszych fanów….

Mnie jako prowadzacej loterię, pozostało wreczyć wygrane pieniężne. Najwyższa wygrana to $184!!! Niestety nie za mojego konia. Cóż, może w przyszłym roku wylosuję lepiej. Ale oczywiście Wojtek wygrał u siebie w pracy, szczęściarz!

A tu możecie obejrzeć najważniejsze urywki z tegorocznego wyścigu:


http://www.youtube.com/watch?v=2nSbsfQWoL0

J

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Wieloryb na wyciągnięcie ręki

Wreszcie nadeszła długo wyczekiwana chwila, zobaczyliśmy wieloryby ‘na żywo’.




Otóż  w okresie od lipca do października wieloryby migrują wzdluż wschodniego wybrzeża Australii, najpierw na północ, żeby urodzić ‘małe’. Około września wracją na południe w kierunku Antarktydy, tym razem już z maluchami, żeby już w zimnych wodach nabierać na nowo tłuszczyku na cały rok. Nam się udało zobaczyć 6 osobników, które przez 1,5 godziny dokazywały przy naszej łódce. Widzieliśmy jak bawiły się w wodzie, przekręcały z brzucha na plecy, goniły się, krażyły z prawej do lewej, robiły fontanny, machały płetwami i ogonkiem itp. Okazało się, że cztery z nich to były ‘małe’ wielorybki, około roczne i po prostu bawiły się ze sobą, a dwa dorosłe osobniki miały na nie oko.

I nawet krótki filmik udało się nam nakręcić:


Te wieloryby, które migrują przy wybrzeżu Australii to gatunek humpback, piąty co do wielkości wieloryb (do ok. 18 metrów dlugości, ważą do 45 ton). Jeszcze niedawno były na wymarciu w tych okolicach (tak, tak kłusownicy), ale w ostanich latach akcja ochrony tego gatunku przyniosła rezultaty i ich liczba wzrosła z około 500 osobników do ok. 13-14 tysięcy. 


Widok na Glasshouse Mountains

Pierwszy raz uslyszałam o tym gatunku, już będąc w Australii, przy okazji badania nad śpiewem wielorybów – tak, męskie osobniki tworzą własne piosenki. Wg badań, piosenki migrują, tzn. roznoszą się na inne osobniki w rejonie, a po 4 latach są układane od nowa…Tu taki krótki artykuł dotyczący ‘whale songs’:


Na naszą cudowną ‘whale watching’ wycieczkę wyruszyliśmy z Moreton Island, prześlicznej piaszczystej wyspy z plażą niemalże tak piękną jak na Fiji. Następny wolny weekend postanowiliśmy właśnie tam spędzić, dodatkową atrakcją oprócz przyrody są zatopione wraki statków, więc to niesamowita okazja również do nurkowania. Moreton Island to w 70% park narodowy i zamieszkuje ją wiele gatunków ptaków, m.in. kormorany i australijskie pelikany, które udało nam się zaobserwować w trakcie walki. Kilka zdjęć z resortu Tangalooma poniżej:

 

J