Moje zdjęcie
UWAGA! UWAGA! TEN BLOG NIE BĘDZIE PRZEZ NAS UŻYWANY I ZOSTANIE WKRÓTCE PRZENIESIONY NA NASZA NOWĄ STRONĘ "Travelling Butterfly" (www.travellingbutterfly.com) Zajrzyjcie na nową stronę żeby śledzić co się z nami aktualnie dzieje! Pozdrawiamy. Julita & Wojtek
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2011

Binna Burra: szlakiem Aborygenów – Lamington Park cz. II

Niedaleko Brisbane znajduje się przepiękny Lamington National Park (o naszej pierwszej wycieczce w to miejsce czytaj w tym poście: Lamington Park cz. I), a obszar Binna Burra przylega właśnie do tego parku, od strony wybrzeża Gold Coast. W drodze do Binna Burra zatrzymaliśmy się, żeby podziwiać widok na Surfers Paradise i poobserwować paralotoniarzy wznoszących się nad doliną.



Binna Burra i O’Reilly’s łączy 22 kilometrowy szlak graniczny (Border Track), biegnący wzdłuż granicy Queensland z Nową Południową Walią, który zamierzamy wkrótce przebyć. Wracając do Binna Burra – to nie tylko las tropikalny, ale również obszar historycznie bardzo ważny dla plemion Aborygeńskich, które wykorzystywały znajdujące się tam wgłębienia skalne jako schronienia oraz miejsca do gotowania. Jaskinie zostały wyrzeźbione w skałach wulkanicznych przez deszcz oraz wiatr i nazywają się Kweebani Caves.  Przy skałach znajdują się tabliczki z informacjami o plemionach aborygeńskich, które tam mieszkały i o ich zdolnościach do wykorzystywania darów natury oraz medycyny naturalnej (informacje te przekazane zostały z pokolenia na pokolenie w formie piosenek czy rymowanek). 

Kweebani Caves
To nie wiosna tylko początek zimy w Australii...

Binna Burra w języku aborygeńskim oznacza miejsce gdzie rosną drzewa z gatunku Anctartic Beech, prastare olbrzymy wznoszące się nawet do 50 metrów! Pochodzenie tych drzew sięga czasów prehistorycznego superkontynentu Gondwany, czyli połączonych Australii, Antarktyki i Ameryki Południowej.
Anctartic Beech

 
 
 
Nam Binna Burra podobała się z kilku względów: szlaki prowadzą wzdłuż grzbietów gór i dzięki temu można podziwiać przepiękne widoki na okolicę, doszliśmy do dzikiego wodospadu, oraz udało nam się zobaczyć po raz pierwszy małego leśnego kangura.

 
 
W Binna Burra udało się nam też usłyszeć przedziwny śpiew ptaka Alberta (podobno usłyszeć go łatwiej niż zobaczyć). Ten ptak jest bardzo nietypowy, gdyż samiec tego ptaka potrafi imitować różne dźwięki, które usłyszy łącznie ze śpiewem innych gatunków ptaków, odgłosami różnych urządzeń mechanicznych, a nawet ludzkim głosem! Robi to w celu oczarowani potencjalnej partnerki i można to usłyszeć tylko i wyłącznie w miesiącach zimowych od maja do września. I właśnie dlatego wydaje nam się, że to był ten ptak, gdyż to niemożliwe, żeby niemowlę zostało zabrane na wycieczkę do lasu tropikalnego, a to co usłyszeliśmy brzmiało właśnie jak płacz małego dziecka dochodzący gdzieś z głębi drzew! Zajrzyjcie tutaj na YouTube, żeby posłuchać tego niesamowitego ptaka, który tutaj akurat imituje na przemian odgłosy różnych narzędzi budowlanych oraz całą gamę gosów innych ptaków (na 1.47 min nie tylko śpiewa, ale również rozkłada ogon): You Tube Albert's Lyrebird

 
Egg Rock o zachodzie słońca
J&W

niedziela, 27 listopada 2011

Wiosna w Brisbane

Wiosnę w Brisbane jest trudniej odróżnić od innych pór roku, jeżeli chodzi o 'zachowanie' roślin, gdyż wiele drzew kwitnie w różnych miesiącach (nie tylko na astronomiczną wiosnę), a do tego wiele roślin kwitnie więcej niż raz w roku i pod tym względem różnica w porach roku jest tu dość płynna. Jedak przyznaję, że wiosna w Brisbane jest piękna, głównie za sprawą kwitnących jacarand - to te drzewa kwitnące na fioletowo - (niestety studentom kojarzą się ze stresem bo przypominają im że zbliża się okres zaliczeń, egazminów, czyli koniec roku akademickiego....). Poniżej kilka zdjęć zrobionych w październiku oraz listopadzie, głównie na kampusie UQ.
J




















piątek, 12 sierpnia 2011

Spacer ponad drzewami prastarego lasu: Lamington Park część I

Odkąd tylko przyjechaliśmy do Brisbane to na pytanie co warto zwiedzić w okolicy, zazwyczaj padała odpowiedź: Lamington National Park. Wiedzieliśmy ze strony internetowej, że to tropikalny las z wieloma unikalnymi gatunakami ptaków oraz drzew, jednak unikalność tego miejsca trzeba po prostu zasmakować.


Na pierwsze podejście wybraliśmy okolice O’Reillys, podjazd był iście w toskańskim stylu, czyli bardzą wąską krętą drogą pnącą się ku szczytom Green Mountains. Już na samej górze przywitały nas przepiękne fioletowo-czerwone papugi, które nie miały problemu siąść na czyjejś głowie czy ramionach. 


Pierwsze kroki skierowaliśmy na Tree Top Walk, czyli chodzenie po kładkach rozpiętych na wysokości 15 m ponad ziemią pomiędzy ogromnymi antycznym drzewami. Niesamowite uczucie, trochę się poczułam jak w filmie Awatar. Następną atrakcją jest wspięcie się na taras widokowy rozciągnięty o kolejne 15 m wyżej niż kładka, aby już z korony drzewa figowego – tak jak ptaki - mieć szansę podziwiać okolicę. 

Tu widać jak się wspinam na figowca, ale dopiero na pierwszy taras!
Sama historia tego miejsca jest dość ciekawa, okolice te przez wieki były zamieszkane przez Aborygenów, park narodowy powstał w 1915 roku za inspiracją Yellowstone National Park. Sam jednak szczyt był w posiadaniu O’Reillys rodziny, która osiedliła się tam kilka lat wcześniej za sprawą rozwijającego się w tej okolicy biznesu mleczarskiego. Szybko jednak O’Reillys docenili urok tropikalnego lasu i zaczęli organizować wycieczki na końskich grzbietach, z Brisbane taka wyprawa trwała nawet 2 dni! A warto! 

W drodze powrotnej mieliśmy takie oto atrakcje!!! Stado białych krów plus czarny przywódca dosłownie zatorowało nam drogę
Dziś w tym samym domu wciąż można wynająć pokój i poczuć klimat z początku XX wieku, zresztą zerknijcie sami na stronę schroniska:


Z rodziną O’Reillys, a dokładnie z jednym z braci Bernardem, wiąże się jeszcze jedna historia. Otóż w 1937 zaginął samolot gdzieś właśnie w okolicach Lamington Park. Bernard zauważył, że w jednej lesie widać jakieś wypalone drzewa, i choć już minęło kilka dni kiedy samlot zaginał, postanowił sprawdzić, co to za znak. Okazało się, że samolot się rozbił i 3 osoby przeżyły katastrofę, jednak jeden z rozbitków stracił życie, gdy wyruszył w poszukiwaniu pomocy. Ale Bernardowi udało się uratować dwóch ludzi, choć już po10 dniach licząc od rozbicia się samolotu. Widać, że nie można tracić nadziei! Dziś w Lamington Park stoi pomnik upamiętniajacy tę historię. 


Wybraliśmy się również szlakiem prowadzącym do wodospadów. Droga prowadziła tym razem w dół, więc mieliśmy szansę wchłąnać się w prastary las z ogromnymi paprociami (wielkości drzew) oraz gigantycznych drzew figowych. 


Drzewa są tak wysokie i skutecznie zatrzymywały światło, i choć było popołudnie nam się wydawało, że slońce już zachodzi. Na końcu naszej trasy stanęliśmy na szczycie wodospadu, to chyba właśnie w tej okolicy Bernard odnalazł rozbitków. Zeszłismy jeszcze niżej, aby obejrzeć kaskady wodospadu. A wkoło cisza, tylko my i szum wody...Przepiękny widok oraz cudowne uczucie. 


W drodze powrotnej do cywilizacji, przemknęła nam jakaś mysz przez drogę i nagle znowu zrobiło się jasno! Podobno w nocy można zobaczyć świcące grzyby (ale wtedy trzba spać na leśnym campingu, więc z tym do lata trzeba poczekać na powrór ciepłych nocy), i jak już te grzybki zobaczę, to miną wszelkie wątpliwości, gdzie Awatar był kręcony...Do Lamington Parku zawitaliśmy jeszcze raz, ale o tej wycieczce już w następnym wpisie czytaj: Binna Burra .
J