Moje zdjęcie
UWAGA! UWAGA! TEN BLOG NIE BĘDZIE PRZEZ NAS UŻYWANY I ZOSTANIE WKRÓTCE PRZENIESIONY NA NASZA NOWĄ STRONĘ "Travelling Butterfly" (www.travellingbutterfly.com) Zajrzyjcie na nową stronę żeby śledzić co się z nami aktualnie dzieje! Pozdrawiamy. Julita & Wojtek
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 czerwca 2013

Springbrook National Park: świat rodem z filmu Avatar

*******************************************************

UWAGA: Zajrzyj na nasza nowa strone travellingbutterfly.com   !!!!!

******************************************************* 
Springbrook NP znajduje się kilkadziesiąt kilometrów w głąb lądu od południowej części Gold Coast. Park ten nie jest tak dobrze znany i mocno reklamowany jak Lamington NP czy Binna Burra, ale wcale im nie ustępuje urodą. Jest za to mniej tłoczno i dzięki temu przyjemniej (warto tu wspomnieć, że ‘tłoczno’ to pojęcie bardzo względne i co w Australii mogłoby uchodzić za zatłoczone miejsce, w Europie byłoby pewnie uważane za pustkowie ;-))  Springbrook NP oferuje niesamowitą różnorodność naturalnych atrakcji, pokrótce opisanych poniżej.

Widok na Gold Coast z punktu widokowego przy wjeździe do parku
W okolicy Springbrook - dolinie Numinbah - znajdują się też liczne stadniny koni
Pierwsza na liście atrakcji to 60 metrowy wodospad Purling Brook Falls. Jest tam kilka punktów widokowych na spadający w dół wodospad,  rozpościerającą się dolinę porośniętą lasem tropikalnym, oraz na Gold Coast.  Stąd rozpoczyna się 4-kilometrowy szlak do podstawy wodospadu, który zajmuje ok. pół godziny w jedną stronę i gdzie po drodze pokonuje się 265 schodków. Wodospad zmienia się zależnie od pory roku, oczywiście w lecie, czyli ‘porze deszczowej’ spływa więcej wody. Na dole już można sobie przejść pod wodospadem, a nawet dotkąć tęczy… no, prawie :-)
Wodospad Purling Brook Falls spadający do lasu tropikalnego
W drodze do wodospadu
Prawie udało mi się dotknąć tęczy :-)
Oprócz wodospadu Springbrook posiada również kilka pięknych punktów widokowych, z których rozciągają się panoramiczne widoki na doliny, wodospady, okoliczne wzgórza albo kaniony oraz wybrzeże. Pierwszym z tych punktów widokowych jest Canyon Lookout. Stąd rozpoczyna się kilka szlaków, np. dość krótkie Twin Fallus Circuit, Rainbow Falls Circuit i dłuższy Warrie Circuit (17 km). Gdy podjedziemy kilka kilometrów dalej w prawą stronę kanionu, to na jego skarpie znajduje się punkt widokowy Goomoolahra Falls z obszarem piknikowym nad strumykiem. W tej okolicy znajduje się też kilka luksusowych apartamentów - pomimo wysokiej ceny, nie brakuje chętnych na nocleg w tej przepięknej okolicy. 
 
 

Canyon lookout
Po drodze z wodospadów Purling Brook do punktów widokowych można zajechać do miejsca,  gdzie znajduje się stara szkoła (z początku XX wieku). W trakcie budowania tej szkoły niestety wycięto 1000 letnie drzewo – Blackbutt eukaliptus, z którego do obecnych czasów pozostał tylko pień, który ma imponujący obwód. Z punktu widokowego koło szkoły można podziwiać wieżowce Gold Coast.

Widok na Gold Coast z punktu widokowego przy starej szkole
Historyczne drzewo przy starej szkole
Kolejnym miejscem tuż przy granicy Queensland i  Nowej Południowej Walii jest nazwany typowo po Australijsku ‘Best of all lookout’. Nazwę ma naprawdę adekwatną, gdyż rozciąga się stamtąd przepiękny, 180-stopniowy widok na ok. 80 km wybrzeża, obejmujący obszar od Coolangaty do Byron Bay, widać też szczyty Mt Warning i Mt Nadi oraz Nightcap NP.
Best of all lookout

Best of all lookout
To najzimniejszy obszar parku i to właśnie tu rosną sięgające rodowodem czasów prehistorycznego kontynentu Gondwany drzewa Arctic Beech – są po prostu imponujące. Ten odcinek lasu wygląda jak z filmu Harry Potter, tak jakby porośnięte zielonym mchem drzewa miały się zaraz ruszyć - mają tak fantazyjnie powyginane gałęzie.

Prastare drzewa Arctic Beech
Kolejnym miejscem wartym odwiedzenia jest Natural Bridge, niesamowity wodospad, gdzie woda wyżłobiła w skale otwór i pięknie spływa w dół przez grotę – taki naturalny sposób na pokonanie przeszkody nadał skałom kształt mostu, stąd nazwa tego miejsca Natural Bridge.  Grota ta jest pół zamknięta, można do niej wejść i podziwiać kaskady wody z bliska, a dodatkową atrakcją po zmroku są świecące robaczki (glow worms). 

Natural Bridge



Tak naprawdę to są to larwy prastarego rodzaju muchy, które produkują fluoroscencyjne nicie do zwabienia przynęty. Są one koloru niebiesko zielonego i wyglądają jak małe gwiazdki. Ta forma much występuje tylko w Australii i Nowej Zelandii (post o Nowej Zelandii tutaj). Wydaje się nam, że były one inspiracją do stworzenia lasu w filmie Avatar (a tak przy okazji to tu w Australii są fan kluby Avataru i spotykający się fani malują swoje ciała na niebiesko!). Wyobraźcie sobie teraz, że stoicie w takiej grocie, jest ciemno, obok pięknie szumi wodospad, a nad głową świecące niebieskie robaczki…Romantyczne warunki. Prawie… Niestety nastrój psując trochę grupy turystów (przeważnie Japońskich), którzy albo co chwila zapalają latarki albo próbują robić zdjęcie robaczkom przy włączonym fleszu (oczywiście na zdjęciu widać wtedy tylko brązowa skałę). A robaczki przestraszone błyskiem światła, przestają świecić nawet na godzinę. Może jeszcze dodamy, że robaczki mieszkają nie tylko w grocie, ale również w korzeniach drzew przy ścieżce do jaskini. Więc jeżeli będziecie się tam wybierać na wycieczkę, wyłączcie latarki w drodze powrotnej na parking i obejrzyjcie się dookoła. Zobaczycie małe niebieskie światełka wyglądające z ziemi. Do tego w okresie letnim (grudzień – marzec) rosną tam jeszcze zielone, fluoroscencyjne grzyby, które świecą na jasno zielono. Bajeczne uczucie maszerować przez taki las!

Świecące na niebiesko robaczki...
...i  zielone, fluorescencyjne grzyby
Jak gdyby tych wszystkich atrakcji było mało, Springbrook to też świetne miejsce do podpatrywania dzikiej przyrody. Nam podczas dotychczasowych dwóch wizyt tam udało się zobaczyć papugi, kookaburry, oraz bardzo ciekawe jaszczurki – wielkiego skinka  (skinki to wszechobecne małe jaszczurki) i przede wszystkim ogromną ponad-półmetrową goannę, która wygląda jak żywcem przeniesiona z Jurassic Park... Klimaty dopełniają gigantyczne paprocie i łopiany, pod  którymi można się schować.  No więc jeśli tylko będziecie w okolicach Brisbane czy Gold Coast,  koniecznie zajrzyjcie do Springbrook NP!

Gigantyczny Skink
Wcieniu paproci
Goanna
Kookaburra

J&W

*******************************************************

UWAGA: Zajrzyj na nasza nowa strone travellingbutterfly.com   !!!!!

******************************************************* 

wtorek, 16 kwietnia 2013

Phillip Island i wschodnie wybrzeże Victorii: Australijskie pingwiny i piękno dzikiej przyrody

Z Great Ocean Road pojechaliśmy prosto w kierunku Phillip Island, omijając jednak Melbourne, bo zwiedziliśmy je już wcześniej.  Na noc zatrzymaliśmy się w miejscowości San Remo tuż przy wyspie Phillip Island, która była naszym głównym celem z powodu mieszkających tam pingwinów (tak, tak, pingwiny mieszkają też w Australii...) San Remo połączona jest z wyspą mostem, więc dojazd jest bardzo prosty.
Cape Conran (zobacz poniżej)
Phillip Island zamieszkuje liczna kolonia pingwinów z gatunku Little Penguin, które jak nazwa wskazuje są najmniejszym gatunkiem pingwinów na świecie (dorosłe osobniki osiągają ok. 30-33cm i ważą ok. 1,5kg). Głównym miejscem, gdzie można obserwować ich codzienny powrót na wyspę jest plażą Summerland Beach. Pingwiny wracają na wyspę tuż po zachodzie słońca, więc różni się to co do czasu zależnie od pory roku, np. w lecie jest to ok. 21szej. Wracają zawsze w grupkach i gdy się ściemnia, gdyż jest to ich strategia obrony przed potencjalnymi drapieżnikami (np. lisy, koty itp), stąd angielska nazwa ‘penguin parade’. Bilet kosztuje ponad $20 i można go sobie zarezerwować wcześniej przez tę stronę. 

Little Penguin: to i następne zdjęcia zostały zrobione w Sea World na Gold Coast - na Phillip Island podczas Penguin Parade obowiązuje zakaz fotografowania zwierząt
Na stronie jest też krótkie video pokazujące jak mniej więcej parada pingwinów wygląda. Zwróćcie uwagę na ludzi poubieranych w puchowe kurtki i czapki! My byliśmy tam w środku lata i szczerze powiem, że bez koca byłoby tam ciężko wytrzymać. Przy wyjściu są powieszone tabliczki wskazujące na poziom zimna w skali od 1 do 4, tego wieczora, co my byliśmy niby było tylko 2, ale dla nas było bardzo zimno...


W grudniu był to akurat czas, kiedy dzieci pingwinów były już na tyle duże, że były w stanie samodzielnie wychodzić i spacerować  w okolicy swojego gniazda. Dzieci te, podobnie jak u ptaków muttonbird, o których pisaliśmy w poście o Great Ocean Road (16 akapit), przerastają swoich rodziców (są od nich większe i cięższe). Rodzice wyruszają rano po pożywienie, spędzają cały dzień w wodzie polując na ryby i wieczorem wracają ze zdobyczą, żeby nakarmić dziecko. Rozpoznają swoje dzieci po głosie – małe pingwiny piszczą wniebogłosy, kiedy zbliża się pora powrotu rodziców. A rodzice przynoszą im rybę w gardle i mały dosłownie się rzuca do dzioba, żeby ją wyciągnąć z gardła rodziców. Wygląda to trochę jakby się ze sobą biły. Najlepiej poczekać jakąś godzinę – półtorej od pojawienia się pierwszych pingwinów na plaży, gdyż wtedy przypływa ich tysiące i spacerują dosłownie wszędzie wokoło, można je oglądać dosłownie na wyciągnięcie ręki ze specjalnie wybudowanych drewnianych mostków spacerowych.

Tą okolicę zamieszkuje ok. 10,000 pingwinów i robią one tyle hałasu, że wydaje się, że cała wyspa skrzeczy (Litte penguins to chyba najbardziej  hałaśliwy gatunek pinwginów). Tak nam się podglądanie pingwinów podobało, że byliśmy jednymi z ostatnich wyjeżdżających i nawet dostrzegliśmy jednego pingwina, który dotarł na parking. Co do innych atrakcji Phillip Island, to na północnej stronie wyspy znajduje się największa w Australii kolonia fok Australian Fur Seals (ok. 16 tys), które na szczęście nie żywią się pingwinami, więc oba gatunki zwierząt mogą koegzystować. Na wyspie można również podpatrywać koale w Koala Conservation Centre.

Atrakcją San Remo jest codzienne karmienie żarłocznych pelikanów na plaży ok. 10 rano
My na Phillip Island byliśmy akurat w sylwestra, więc większą część wieczoru sylwestrowego spędziliśmy podpatrując pingwiny (i marznąc z zimna). Na noc zatrzymaliśmy się w pubie w San Remo, po drugiej stronie mostu łączącego ląd z Phillip Island. Jak się okazało w pubie była akurat duża impreza sylwestrowa, ściągnęli ludzie chyba z całej okolicy grał zespół na żywo i było calkiem przyjemnie. Na pewno sylwestra 2012 zapamiętamy, ale to głównie z powodu pingwinów!

Wilson Promontory

Z Sorrento wyruszyliśmy na Półwysep Wilson (Wilson Promontory) – jeden z najdzikszych obszarów Viktorii i jednocześnie najbardziej wysunięty na południe punkt kontynentu australijskiego. Ten duży półwysep (15,550 ha) objęty jest w całości ochroną – jest parkiem narodowym – co sprawia, że czuje się tam piękno nieskażonej cywilizacją przyrody. Dodatkowym atutem półwyspu jest piękne ukształtowanie terenu – porośnięte lasem wzgórza wpadające wprost do oceanu, skaliste  nabrzeże, piaszczyste plaże. Docenia to wiele ludzi i chętnie wybiera się tam na urlop. Na kempingu w parku nie można ot tak sobie zarezerwować miejsca, otóż na okresy świąteczne oraz przerwy szkolne odbywa się losowanie z pólrocznym wyprzedzeniem, gdzie zostaje przydzielone kto dostanie jedno z 474 pól namiotowych.




Pogoda w tym regionie (i ogólnie w Victorii) jest zupełnie inna niż w Queensland – nasze wakacje wypadły w środku lata a zmarzliśmy w tej okolicy na kość. Szczególnie na Wilson Promontory wiał bardzo silny mroźny wiatr z Antarktydy, przez co zupełnie nie dało się wytrzymać na plaży – nie dość, że było zimniej niż w Brisbane zimą, to jeszcze wiatr sypał piachem w oczy i niestety nie mogliśmy się zbyt długo rozkoszować urokami Squeaky Beach, która znana jest z trzeszczącego pod nogami białego piasku. Wybraliśmy się za to na krótki spacer po lesie wzdłuż Lilly Pilly Gully Nature Walk w poszukiwaniu wombatów, jednak niestety żadnego nam się nie udało dostrzec. Może dla nich też był za zimny dzień. W każdym razie możemy potwierdzić, że faktycznie wombaty tam mieszkają po niezaprzeczalnych dowodach pozostawionych na ścieżkach.
Squeaky Beach ze swoim białym piaskiem i arktycznym wiatrem...

Z Wilson Promontory ruszyliśmy dalej na wschód, zatrzymując się na noc w ładnej historycznej misjscowości Yarram. Ten region nazywa się Gippsland  i słynie z położonych tuż nad oceanem i ciągnących się kilometrami jezior. Nic dziwnego, że te okolice są bardzo popularne wśród wędkarzy – niemal co drugi mijany po drodze samochód ciągnął za sobą jakąś łódkę. Turystyczną stolicą regionu Gippsland jest miasto Lakes Entrance. Znajduje się tam kilka ciekawych punktów widokowych, z których można podziwiać jeziora i rozlewisko rzeki, gdzie pływają Australijskie, czyli czarne, łabędzie. Lakes Entrance jest o tyle nietypowe w porównaniu z innymi miejscowościami w tym regionie, że oferuje dostęp do morza, które normalnie jest odcięte od lądu poprzez nabrzeżne jeziora.

Nadmorski krajobraz w Gippsland
Poruszając się dalej na wschód, zajechaliśmy do punktu informacyjnego w miasteczku Orbost, gdzie polecono nam zwiedzenie pobliskiego wybrzeża, a szczególnie przylądka Cape Conran. Przylądek rzeczywiście okazał się warty zwiedzenia – ładne skaliste plaże, nadmorskie wzgórza i mało ludzi to zalety tych okolic.
Cape Conran
 

Przylądek Conran był naszym ostatnim przystankiem w Victorii – poruszając się dalej na wschód wkrótce pożegnaliśmy ten stan i znaleźliśmy się w Nowej Południowej Walii. Tam zatrzymaliśmy się na noc w ładnej miejscowości nadmorskiej o nazwie Eden. Miasteczko to jest bardzo popularne wśród turystów – zresztą nie bez powodu – więc musieliśmy się chwilę pokręcić, żeby znaleźć tam nocleg. Swoją atrakcyjność Eden zawdzięcza przepięknemu położeniu – na wzgórzu, z którego rozciągają się przepiękne widoki na skaliste wybrzeże w okolicy.
Eden

Miasteczko ma też malowniczo położony niewielki port, gdzie zawijają kutry rybackie pełne ryb i owoców morza. W swoim czasie było to znaczące centrum połowu wielorybów, czego można się dowiedzieć ze znajdującego się w miasteczku muzeum. Wieloryby często zatrzymują się na postój u wybrzeży Edenu i można je podobno łatwo wypatrzeć z platform widokowych na lądzie. Z portu można się też wybrać się na wycieczkę łódką po okolicznych wodach, w poszukiwaniu delfinów, których jest sporo w okolicy. Nam udało się nawet wypatrzyć kilka z punktu widokowego na brzegu!

Port w Eden

Rybak sprawnie czyszczący muszle na sprzedaż

W pobliżu Eden znajduje się kilka ciekawych parków narodowych, z trasami spacerowymi, z których część biegnie wzdłuż wybrzeża, dzięki czemu można się nacieszyć przepięknymi widokami. Polecamy czerwone klify zwane przez lokalnych Pinnacles, które znajdują się 8 km na północ od Eden, dojeżdża się drogą Haycock Road prowadzącą  również do Ben Boyd National Park. 

Pinnacles (okolice Eden)
Kopiec termitów (okolice Eden)
Na Eden zakończyliśmy zwiedzanie południowego wybrzeża Australii (samo Eden znajduje się już tak naprawdę na wschodnim wybrzeżu). Po opuszczeniu nadmorskiej drogi  postanowiliśmy dla odmiany skierować się z powrotem w głąb lądu, ale o tym już w następnym poście... 
J&W

niedziela, 17 marca 2013

Kangaroo Island (Wyspa Kangura) - piękna wyspa u wybrzeży Południowej Australii

*******************************************************

UWAGA: Zajrzyj na nasza nowa strone travellingbutterfly.com   !!!!!

******************************************************* 
Warto zacząć tego posta od stwierdzenia, że Kangaroo Island (albo 'KI' jak jest nazywana skrótowo przez mieszkańców), to jedno z najpiękniejszych miejsc w Australii, jakie dotąd odwiedziliśmy. Jeżeli planujecie swoje wakacje w południowej części Australii, przeznaczcie co najmniej dwa-trzy dni na tą wyspę. Jeśli jeszcze się wahacie, ten krótki filmik zapewne was przekona: http://www.youtube.com/watch?v=ITfbUZcvZts

Kangaroo Island kangury - mama bawiąca się z małym kangurkiem
Seal Bay - lwy morskie wylegujące się w słońcu
A co nas tak zachwyciło na Kangaroo Island?

Zróżnicowanie krajobrazów
Wyspa nie jest bardzo duża, ma zaledwie 155 km dlugości, jednak to trzecia co do wielkości wyspa Australii, po Tasmanii i Melville Island. Na swoim obszarze, ma zarówno skaliste jak i piaszczyste plaże z białym piaskiem, dzikie parki narodowe, czerwone formacje skalne, wzgórza z punktami widokowymi umożliwiającymi podziwianie okolicy, rozlewiska wodne, wydmy (Little Sahara), wysokie skaliste klify oraz jaskinie.

Remarkable Rocks
Półwysep Dudley
Dzikość wyspy
KI ma tyko dwie główne asfaltowe drogi biegnące wzdłuż wyspy, jedna wzdłuż południowego a druga północnego wybrzeża. Oprócz tego, po wyspie jeździ się głównie żużlówkami biegnącymi przez środek lasu. Żużlówki te są wykonane z dość nietypowego materiału, który na oko wygląda jak kamienie wymieszane z betonem i jeżdżenie po nich to naprawdę dobra zabawa - można się poczuć jak na rajdzie samochodowym :) Dodamy w tym miejscu, że wyspa przez bardzo długi czas nie była zamieszkana przez ludzi. Aborygeni zamieszkali ten obszar w bardzo odległych czasach, kiedy wyspa była wciąż częścią kontynentu australijskiego (oddzieliła się ok. 10 tys lat temu), jednak jakieś 2 tys. lat temu wyspa w zagadkowych okolicznościach została opuszczona. Wiadomo tylko, że w języku kontynentalnych Aborygeńskich społeczności nazwa wyspy znaczy tyle co ‘Kraj Umarłych’. Pierwsi biali ludzie, pod dowództwem kapitana Flindersa dopłynęli tu w 1802 i łatwo się domyślić, dlaczego nazwali wyspę Kangaroo Island :-) Późne zaludnienie wyspy z pewnością mało wpływ na wolniejszy rozwój infrastruktury oraz zabudowań i pozwoliło na zachowanie dzikości wyspy.

 

Bliski kontakt ze zwierzętami
Na Kangaroo Island jest ich mnóstwo dosłownie w zasięgu ręki. Można spotkać koale, kangury Kangraoo Island (maja nieco ciemniejszą sierść niż te z kontynentu), malutkie wallabies – Tammar Wallabies, dzikie gęsi z zielonymi dziobami, ponad 200 gatunków ptaków, pingwiny, tysięczne kolonie morsów wodnych i fok, kolczatkę, jaszczurki, unikalny rodzaj pszczół (warto spróbować miejscowego miodu, podobno jednego z najlepszych na świecie – Ligurian Bee honey), oraz ponad milion owiec!

Mały lew morski na plaży Seal Bay


Mała ilość ludzi oraz budynków
Na KI mieszka zaledwie 4,4 tyś ludzi i zapewne drugie tyle wallabies i kangurów, miasteczka oraz sklepy znajdują się w zasadzie tylko w północnej i wschodniej części wyspy. Reszta to parki narodowe i rezerwaty przyrody.

Malutkie Tammar Wallabies
Jak dotrzeć na Kangaroo Island?
Wyspa znajduje się u wybrzeża Południowej Australii. Z Cape Jervis kilka razy dziennie kursuje prom Sealink do miasta Penneshaw znajdującego się na półwyspie Dudley ‘dołączonym’ od wschodu do wyspy. Bilet na prom trzeba najlepiej zarezerwować z wyprzedzeniem, szczególnie w sezonie turystycznym (np. W okolicach świąt Bożego Narodzenia). Oprócz promu, można tam też dolecieć samolotem z Adelaide – zajmuje to tylko ok. pół godziny, ale to raczej opcja dla ludzi z kasą... Praktyczna uwaga: na wyspę nie można wwozić pszczół, produktów z miodu, ziemniaków, królików, lisów oraz nasion roślin – żeby chronić lokalne gatunki.


Atrakcje na Kangaroo Island
A oto co my zobaczyliśmy na wyspie…Zwiedzanie KI rozpoczęliśmy od wizyty na najbardziej wysuniętym na wschód półwyspie Dudley, gdzie znajduje się malownicza latarnia morska na przylądku Willoughby. Warto się tam wybrać przede wszystkim ze względu na piękne widoki na skaliste wybrzeże, ale sam kompleks budynków latarni morskiej jest też interesujący i znajduje się tam trochę historycznych eksponatów i informacji o rozbitych w okolicy statkach (a było ich sporo…). Z innych atrakcji, na półwyspie Dudley znajdują się trzy winiarnie, można tam też obejrzeć pokaz strzyżenia owiec. 

Następnie pojechaliśmy na przełaj leśnymi żużlówkami do miejscowości American River na północnej stronie wyspy, gdzie zatrzymaliśmy się na szybki lunch. American River to tak naprawdę zaledwie kilka hoteli i BB położonych w rozlewisku, które przypomina rzekę, ale w rzeczywistości jest to obszar wypełniony morską wodą. Ta okolica nieco przypomniała nam  Whiteheaven Beach na Whitsundays, chociaż oczywiście nie jest aż tak malownicza.


Stamtąd kontynuowaliśmy naszą podróż wzdłuż wyspy, posuwając się na zachód główną południową drogą. Niedaleko od American River znajdują się dwa bardzo ciekawe miejsca położone obok siebie - wzgórze Prospect Hill oraz zatoka Pennington Bay. 

Pennington Bay
Z punktu widokowego na Prospect Hill rozciągają się panoramiczne widoki na rozlewisko wokół American River, widać tez kawałek plaży w Pennington Bay... Sama plaża jest po prostu przepiękna, to chyba najładniejsza plaża jaką widzieliśmy na całej wyspie, zresztą jedna z najładniejszych jakie widzieliśmy w życiu. Turkusowe morze, biały piasek i malownicze skałki – ciężko przebić takie połączenie.

Pennington Bay
Kolejnym przystankiem była zatoka Seal Bay, czyli jak nazwa wskazuje, miejsce gdzie można spotkać foki. Te które tam rezydują są z gatunku Australian Sea Lion, czyli ‘lew morski’. Jest to największy gatunek fok, jaki można spotkać w Australii. Lwy morskie mogą osiągać do 2,5 m długości i ważyć nawet do 300 kg. Podobnie jak inne foki żyją w dużych koloniach. W Seal Bay kolonia fok okupuje całą plażę, która wraz z otaczającym terenem oznaczona jest jako park narodowy. Niestety oznacza to, że za wejście trzeba płacić, co jest zresztą normą na Kangaroo Island (normalnie parki narodowe w Australii sa bezpłatne). Odwiedzający mają dwie opcje – spacer do punktu widokowego, skąd można podziwiać widoki na piękną plażę, oraz podglądać foki z oddali ($15), albo zejście na samą plażę z przewodnikiem – pracownikiem parku ($27). My zdecydowaliśmy się na tą drugą opcję i bardzo ją polecamy – warto trochę dopłacić, żeby obejrzeć zwierzęta z bliska, bo wrażenia sa nieporównywalne. My dodatkowo mieliśmy ogromne szczęście, bo chociaż normalnie wycieczki z przewodnikiem są bardzo popularne, na naszą turę nikt akurat się nie zjawił, więc mieliśmy prywatny tour tylko we dwójkę.

Plaża Seal Bay widoczna z platformy widokowej
Spotkanie z fokami było niesamowitym doświadczeniem, my odwiedziliśmy wyspę w grudniu, czyli w okresie, kiedy samce również przebywają na plaży. Zdarza się to niezbyt często, gdyż większość czasu spędzają one w wodzie żerując Foki są bardzo dobrymi pływakami, mogą nurkować do 100 metrów głębokości i być pod wodą nawet 8 minut.. Podczas naszej wizyty, większość fok po prostu leżała na piasku i wygrzewała się w słońcu, jeden malec rozpaczliwie poszukiwał swojej mamy wydając bardzo tkliwe dźwięki. Foki poznają swoje małe właśnie po barwie głosu.

W poszukiwaniu mamy
Na plaży Seal Bay - wokół naszych głów leżą lwy morskie (a nie kamienie)
 Ciekawą rzeczą, którą się dowiedzieliśmy o fokach jest to że ciąża trwa u nich bardzo długo, aż 18 miesięcy i że w kilka dni po urodzeniu małej foki, mamy zachodzą w kolejną ciążę (karmiąc wciąż pierwsze maleństwo). Niestety w trakcie zalotów, często się zdarza, że maluchy są przygniatane przez adoratora mamy. Lwy morskie przez całe swoje życie nie oddalają się od miejsca swojego urodzenia i nie migrują w poszukiwaniu pożywienia czy partnera. Dlatego tak ważna jest ochrona ekosystemu, który zamieszkują. 

Kochamy słońce
Z Seal Bay ruszyliśmy dalej w kierunku zachodnim, zajeżdzając na najsłynniejszą plażę KI Vivonne Bay, która pojawia się na wszystkich materiałach reklamowych wyspy (można ją poznać po drewnianym pomoście). Plaża jest rzeczywiście ładna, ale nie zachwyciła nas tak jak te w Pennington Bay i Seal Bay.

Vivonne Bay
Następnego dnia odwiedziliśmy Flinders Chase National Park. Wstęp do parku jest płatny (bilet na samochód) i pozwala zwiedzać park przez cały dzień. Warto to wykorzystać I przeznaczyć na zwiedzanie parku przynajmniej jeden dzień, bo faktycznie znajduje się tam wiele naturalnych atrakcji. Zwiedzanie Parku Flinders Chase rozpoczęliśmy od przylądka Cape de Coudelic, gdzie znajduje się latarnia morska i skąd można podziwiać widoki na skaliste wybrzeże i okoliczne wysepki. 

Widok z Cape de Coudelic
Na przylądku znajduje się też kolonia fok I do tego mieszkają tam aż trzy gatunki: oprócz znanych nam już z Seal Bay ‘lwów morskich’, można tam też zobaczyć nowozelandzką fokę futrzastą i australijską fokę futrzastą. Gatunki fok można rozróżnić po wielkości, ubarwieniu oraz po sposobie poruszania czy też wydawanych przez nie odgłosach. Z naszych obserwacji wynika, że foki różnych gatunków nie żyją ze sobą w wielkiej przyjaźni – na ogół tolerują się na wzajem, ale widać też konkurencję i walkę o terytorium. W trakcie naszej wizyty jedna z fok urodziła maleństwo i próbowała ją w pysku przenieść w bardziej zacienione miejsce. Mała foka niezdarnie jej się wymykała i bezwładnie leżała na skale. Po kilku próbach udało się wreszcie przenieść w bezpieczne miejsce pod skarpą. 

Tuż po narodzinach
Foki nigdy nie rodzą małych na plażach tylko gdzieś w skałach. Zaletą Cape de Coudelic jest to, że nie trzeba dodatkowo płacić za oglądanie fok (pomijając bilet wstępu do parku) i można je oglądać z dość niewielkiej odległości – na pewno z bliższej niż z platformy widokowej w Seal Bay. Pomimo to, dla osób lubiących zwierzęta, nadal bardzo byśmy polecali zejście z przewodnikiem na plażę w Seal Bay, bo to zupełnie inne doświadczenie..

Foki na Cape de Coudelic
Tuż obok ‘fokarium’ znajduje się niesamowicie wyrzeźbiona formacja skalna nazwana Admirals Arch, gdyż ma kształt łuku. Oczywiście każdy sobie tam robi pamiątkowe zdjęcie. 

Admirals Arch
Wracając z Cape de Coudelic warto skręcić tuż za latarnią w prawo, w kierunku zatoczki Weirs Cove. Po krótkiej jeździe żużlówką, dojeżdża się do punktu widokowego na skarpie a poniżej znajduje się piękna dzika plaża z białym piaskiem. Niestety nie udało nam się do niej zejść.

Plaża Weirs Cove
Kolejny obowiązkowy punkt zwiedzania w Parku Flinders Chase to Remarkable Rocks – czerwone formacje skalne tuż nad oceanem. Są one dość duże i mają przeróżne kształty – jedne są bardziej okrągłe, a inne bardziej spiczaste. Są bardzo fotogeniczne i można powiedzieć że nieco z innej planety. Odradzane jest zwiedzanie tego miejsca w trakcie deszczu, gdyż skały są wtedy śliskie, a upadek może grozić wylądowaniem w oceanie.

Remarkable Rocks

W parku Flinders Chase znajduje się również kilka szlaków turystycznych. My wybraliśmy się do jeziorka ‘Snake Lagoon’, niestety nie udało nam się tej trasy dokończyć, gdyż miałam mały wypadek, stłukłam sobie dużego palca o skałę tuż po przekroczeniu Rocky River. Z tego powodu nie mogliśmy kontynuować dalej wspinaczki i nie zobaczyliśmy plaży. Musieliśmy zawrócić i pokonać znowu 30-minutową drogę powrotną, na szczęście dałam radę sama iść i Wojtek nie musiał mnie nieść. Z powodu tego wypadku, wróciliśmy też wcześniej na kemping i musieliśmy sobie odpuścić wypad na północną stronę wyspy, gdzie planowaliśmy zobaczyć zatokę Stokes Bay i pobliskie leśne jeziorko Rock Pool. Jaki z tego morał? Po pierwsze: nie ma sensu wszystkiego planować zbyt szczegółowo, bo wypadki losowe mogą pokrzyżować najlepsze plany. Po drugie: nigdy nie wybieraj się w klapkach na wycieczkę po górach… :-)

Dolina Rocky River na szlaku Snake Lagoon
Na pocieszenie pozostało nam to, że mogliśmy spędzić więcej czasu na naszym kempingu, Western KI Caravan Park, co wcale nie oznaczało straconego popołudnia. Kemping ten sąsiaduje zaraz z parkiem Flinders Chase i zajmuje ogromny obszar. Wcale nie czuje się, że mieszka się w cywilizacji. Raczej wśród zwierząt! Na wprost naszego namiotu non-stop wylegiwał się ogromny kangur, oprócz tego pod wieczór i rano skakały dookoła namiotów malutkie wallabies i kangury, trzy dzikie kaczki domagały się jedzenia z bagażnika, w pobliżu łazienek pasło się stado zielono-dziobatych gęsi, na siatce do siatkówki białe papugi popisywały się umiejętnościami akrobatycznymi, a w nocy słychać było ryczenie koali z pobliskiego eukaliptusa.





Na kempingu można było kupić jedzenie na BBQ oraz warzywa i zrobić sobie fajną kolację, co okazało się bardzo przydatne, gdyż w okolicy jest tylko jedna restauracja.

 

Na kempingu mieszkało kilka koali, i w ciągu dwudniowego pobytu udało nam się wypatrzeć 4 osobniki, w tym jednego nawet pogłaskać! Już wyjeżdżaliśmy z kempingu gdy dostrzegliśmy grupkę dzieciaków w piżamach zgromadzonych wokół eukaliptusa. Szybko dostrzegliśmy co ich tam tak zainteresowało: koala grzecznie siedzący na wysokości naszej głowy. Nie obyło się bez głaskania (koale można głaskać po plecach, omijając okolice głowy i nosa, który jest u nich bardzo wrażliwym miejscem) i długiej sesji fotograficznej. Było to nasze pierwsze tak bliskie spotkanie z dzikim koalą.

Następnego ranka wyruszyliśmy prosto do przystani, żeby złapać prom powrotny na kontynent, mijając całe stada wallabies pasących się przy drodze. Przy przystani zatrzymaliśmy się jeszcze, żeby sprawdzić czy nie uda nam się zobaczyć pingwinów – tak, tak, na Kangaroo Island, żyją też małe pingwiny z gatunku Little Penguin. Niestety, nie była to dobra pora na oglądanie ich na wyspie, ponieważ większość przebywa w tym czasie na pełnym morzu. Nie zmartwiliśmy się tym jednak zbytnio, bo wiedzieliśmy, że spotkanie z pingwinami czeka nas już za kilka dni, na Phillip Island koło Melbourne – ale o tym już w jednym z kolejnych wpisów…
J&W

*******************************************************

UWAGA: Zajrzyj na nasza nowa strone travellingbutterfly.com   !!!!!

*******************************************************