Moje zdjęcie
UWAGA! UWAGA! TEN BLOG NIE BĘDZIE PRZEZ NAS UŻYWANY I ZOSTANIE WKRÓTCE PRZENIESIONY NA NASZA NOWĄ STRONĘ "Travelling Butterfly" (www.travellingbutterfly.com) Zajrzyjcie na nową stronę żeby śledzić co się z nami aktualnie dzieje! Pozdrawiamy. Julita & Wojtek
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parki Narodowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parki Narodowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 czerwca 2013

Springbrook National Park: świat rodem z filmu Avatar

*******************************************************

UWAGA: Zajrzyj na nasza nowa strone travellingbutterfly.com   !!!!!

******************************************************* 
Springbrook NP znajduje się kilkadziesiąt kilometrów w głąb lądu od południowej części Gold Coast. Park ten nie jest tak dobrze znany i mocno reklamowany jak Lamington NP czy Binna Burra, ale wcale im nie ustępuje urodą. Jest za to mniej tłoczno i dzięki temu przyjemniej (warto tu wspomnieć, że ‘tłoczno’ to pojęcie bardzo względne i co w Australii mogłoby uchodzić za zatłoczone miejsce, w Europie byłoby pewnie uważane za pustkowie ;-))  Springbrook NP oferuje niesamowitą różnorodność naturalnych atrakcji, pokrótce opisanych poniżej.

Widok na Gold Coast z punktu widokowego przy wjeździe do parku
W okolicy Springbrook - dolinie Numinbah - znajdują się też liczne stadniny koni
Pierwsza na liście atrakcji to 60 metrowy wodospad Purling Brook Falls. Jest tam kilka punktów widokowych na spadający w dół wodospad,  rozpościerającą się dolinę porośniętą lasem tropikalnym, oraz na Gold Coast.  Stąd rozpoczyna się 4-kilometrowy szlak do podstawy wodospadu, który zajmuje ok. pół godziny w jedną stronę i gdzie po drodze pokonuje się 265 schodków. Wodospad zmienia się zależnie od pory roku, oczywiście w lecie, czyli ‘porze deszczowej’ spływa więcej wody. Na dole już można sobie przejść pod wodospadem, a nawet dotkąć tęczy… no, prawie :-)
Wodospad Purling Brook Falls spadający do lasu tropikalnego
W drodze do wodospadu
Prawie udało mi się dotknąć tęczy :-)
Oprócz wodospadu Springbrook posiada również kilka pięknych punktów widokowych, z których rozciągają się panoramiczne widoki na doliny, wodospady, okoliczne wzgórza albo kaniony oraz wybrzeże. Pierwszym z tych punktów widokowych jest Canyon Lookout. Stąd rozpoczyna się kilka szlaków, np. dość krótkie Twin Fallus Circuit, Rainbow Falls Circuit i dłuższy Warrie Circuit (17 km). Gdy podjedziemy kilka kilometrów dalej w prawą stronę kanionu, to na jego skarpie znajduje się punkt widokowy Goomoolahra Falls z obszarem piknikowym nad strumykiem. W tej okolicy znajduje się też kilka luksusowych apartamentów - pomimo wysokiej ceny, nie brakuje chętnych na nocleg w tej przepięknej okolicy. 
 
 

Canyon lookout
Po drodze z wodospadów Purling Brook do punktów widokowych można zajechać do miejsca,  gdzie znajduje się stara szkoła (z początku XX wieku). W trakcie budowania tej szkoły niestety wycięto 1000 letnie drzewo – Blackbutt eukaliptus, z którego do obecnych czasów pozostał tylko pień, który ma imponujący obwód. Z punktu widokowego koło szkoły można podziwiać wieżowce Gold Coast.

Widok na Gold Coast z punktu widokowego przy starej szkole
Historyczne drzewo przy starej szkole
Kolejnym miejscem tuż przy granicy Queensland i  Nowej Południowej Walii jest nazwany typowo po Australijsku ‘Best of all lookout’. Nazwę ma naprawdę adekwatną, gdyż rozciąga się stamtąd przepiękny, 180-stopniowy widok na ok. 80 km wybrzeża, obejmujący obszar od Coolangaty do Byron Bay, widać też szczyty Mt Warning i Mt Nadi oraz Nightcap NP.
Best of all lookout

Best of all lookout
To najzimniejszy obszar parku i to właśnie tu rosną sięgające rodowodem czasów prehistorycznego kontynentu Gondwany drzewa Arctic Beech – są po prostu imponujące. Ten odcinek lasu wygląda jak z filmu Harry Potter, tak jakby porośnięte zielonym mchem drzewa miały się zaraz ruszyć - mają tak fantazyjnie powyginane gałęzie.

Prastare drzewa Arctic Beech
Kolejnym miejscem wartym odwiedzenia jest Natural Bridge, niesamowity wodospad, gdzie woda wyżłobiła w skale otwór i pięknie spływa w dół przez grotę – taki naturalny sposób na pokonanie przeszkody nadał skałom kształt mostu, stąd nazwa tego miejsca Natural Bridge.  Grota ta jest pół zamknięta, można do niej wejść i podziwiać kaskady wody z bliska, a dodatkową atrakcją po zmroku są świecące robaczki (glow worms). 

Natural Bridge



Tak naprawdę to są to larwy prastarego rodzaju muchy, które produkują fluoroscencyjne nicie do zwabienia przynęty. Są one koloru niebiesko zielonego i wyglądają jak małe gwiazdki. Ta forma much występuje tylko w Australii i Nowej Zelandii (post o Nowej Zelandii tutaj). Wydaje się nam, że były one inspiracją do stworzenia lasu w filmie Avatar (a tak przy okazji to tu w Australii są fan kluby Avataru i spotykający się fani malują swoje ciała na niebiesko!). Wyobraźcie sobie teraz, że stoicie w takiej grocie, jest ciemno, obok pięknie szumi wodospad, a nad głową świecące niebieskie robaczki…Romantyczne warunki. Prawie… Niestety nastrój psując trochę grupy turystów (przeważnie Japońskich), którzy albo co chwila zapalają latarki albo próbują robić zdjęcie robaczkom przy włączonym fleszu (oczywiście na zdjęciu widać wtedy tylko brązowa skałę). A robaczki przestraszone błyskiem światła, przestają świecić nawet na godzinę. Może jeszcze dodamy, że robaczki mieszkają nie tylko w grocie, ale również w korzeniach drzew przy ścieżce do jaskini. Więc jeżeli będziecie się tam wybierać na wycieczkę, wyłączcie latarki w drodze powrotnej na parking i obejrzyjcie się dookoła. Zobaczycie małe niebieskie światełka wyglądające z ziemi. Do tego w okresie letnim (grudzień – marzec) rosną tam jeszcze zielone, fluoroscencyjne grzyby, które świecą na jasno zielono. Bajeczne uczucie maszerować przez taki las!

Świecące na niebiesko robaczki...
...i  zielone, fluorescencyjne grzyby
Jak gdyby tych wszystkich atrakcji było mało, Springbrook to też świetne miejsce do podpatrywania dzikiej przyrody. Nam podczas dotychczasowych dwóch wizyt tam udało się zobaczyć papugi, kookaburry, oraz bardzo ciekawe jaszczurki – wielkiego skinka  (skinki to wszechobecne małe jaszczurki) i przede wszystkim ogromną ponad-półmetrową goannę, która wygląda jak żywcem przeniesiona z Jurassic Park... Klimaty dopełniają gigantyczne paprocie i łopiany, pod  którymi można się schować.  No więc jeśli tylko będziecie w okolicach Brisbane czy Gold Coast,  koniecznie zajrzyjcie do Springbrook NP!

Gigantyczny Skink
Wcieniu paproci
Goanna
Kookaburra

J&W

*******************************************************

UWAGA: Zajrzyj na nasza nowa strone travellingbutterfly.com   !!!!!

******************************************************* 

niedziela, 28 kwietnia 2013

Alpy Australijskie i Góra Kościuszki

Po wylądowaniu w Eden, czyli na wybrzeżu Nowej Południowej Walii, stwierdziliśmy, że mamy jeszcze trochę czasu zanim wrócimy do domu (ok. 3 dni), który możemy wykorzystać na zwiedzenie jakiegoś ciekawego miejsca. Po krótkiej konsultacji z mapami i przewodnikiem, postanowiliśmy więc odbić z powrotem od wybrzeża i zahaczyć o Góry Śnieżne (Snowy Mountains). Była to naprawdę świetna decyzja bo dwa dni, które spędziliśmy w górach były zupełnie inne od reszty naszej wycieczki – inne krajobrazy, inna przyroda i inne powietrze. Aż ciężko było nam uwierzyć, że jeszcze dzień czy dwa wcześniej byliśmy nad oceanem – raczej czuliśmy się jakbyśmy jakimś magicznym tunelem dostali się do zupełnie innego kraju.

 

Góry Śnieżne są częścią Alp Australijskich, najwyższego pasma górskiego na kontynencie, które samo w sobie stanowi najwyższy odcinek Wielkich Gór Wododziałowych. W Alpach Australijskich znajduje się 26 szczytów o wysokości co najmniej 2000m nad poziomem morza, a Góry Śnieżne obejmują wszystkie szczyty powyżej 2100m. Najwyższy z nich to oczywiście Góra Kościuszki (2228 m n.p.m.), nazwana tak przez polskiego podróżnika i odkrywcę, Pawła Strzeleckiego. Strzelecki narobił Australijczykom sporo kłopotu swoją nazwą – do dziś łamią sobie języki starając się wymówić Kosciuszko: w wydaniu australijskim brzmi to mniej więcej jak Koz-i-osko :)

Ten szczyt w środku to Góra Kościuszki
Większa część Snowy Mountains objęta jest parkiem narodowym Kosciuszko National Park. Dominują tu lasy iglaste, a na wyższych piętrach gór, roślinność alpejska. Same szczyty nie wyglądają niestety tak majestatycznie jak choćby Tatry, z wyglądu przypominają raczej Bieszczady. Wynika to z tego, że cały obszar Gór Śnieżnych, a nie tylko szczyty, rozciąga się bardzo wysoko – na przykład najwyżej położona miejscowość Charlotte Pass znajduje się na wysokości 1827 m n.p.m. Konsekwencją tego jest to, że z górskich miejscowości i dolin do szczytu wcale nie jest już tak daleko, więc zamiast stromych szpiczastych skał widzimy coś w stylu dość wydatnych pagórków. Dodatkowo, w porównaniu do Tatr, Góry Śnieżne cieszą się oczywiście sporo cieplejszym klimatem, więc jest ogólnie bardziej zielono.



Pomimo tego, że Góry Śnieżne leżą poniżej granicy wiecznego śniegu, to jednak na najwyższych szczytach można zobaczyć pewną ilość białego puchu przez większość roku – my widzieliśmy trochę nawet w środku lata. Lato to jednak pora roku, kiedy góry pustoszeją – pomimo tego, że można się wtedy wybrać na przyjemne wędrówki po wybrukowanych szlakach (i na przykład zdobyć w ten sposób Górę Kościuszki) to jednak chętnych nie jest zbyt wielu i miasteczka świecą pustkami. W zimie cała okolica ponoć zmienia się nie do poznania i zaczyna tętnić życiem a śniegu jest zwykle sporo. I choć tamtejszym trasom narciarskim daleko do alpejskich, czy nawet tatrzańskich, to jednak warto pamiętać, że jest to jedyny obszar w Australii, gdzie można zimą pojeździć na nartach.

W oczekiwaniu na zimę...
Jadąc w Góry Śnieżne z wybrzeża, najpierw dociera się do miejscowości Cooma, która znajduje się tak naprawdę jeszcze przed samymi górami. Warto się tam zatrzymać na chwilę ze względu na bardzo dobry punkt informacyjny – znacznie lepiej zaopatrzony we wszelkiego rodzaju mapki niż centra informacji w mniejszych, położonych wyżej miejscowościach. Jest to też najlepsze miejsce żeby zatankować przed wyruszeniem w góry, gdzie benzyna jest bardzo droga – podczas naszego pobytu w górskich miejscowościach kosztowała ok. $2 za litr.



Na nocleg zatrzymaliśmy się w miejscowości Jindabyne pięknie położonej nad jeziorem o tej samej nazwie. Jindabyne nie ma własnych tras narciarskich, ale można stamtąd łatwo dojechać do kilku znajdujących się w pobliżu, np. Persisher czy Charlotte Pass, gdzie można zimą pozjeżdżać. Latem też warto się wybrać w te wyżej położone okolice z powodu malowniczych szlaków spacerowych i dobrych widoków na Górę Kościuszki z okolic Charlotte Pass.
Jindabyne
Charlotte Pass
Położone ok. 35 km od Jindabyne, Thredbo to ‘narciarska stolica’ Gór Śnieżnych. Jest to całkiem przyjemna miejscowość, ładnie położona na stoku góry, jednak mniejsza od Jindabyne, więc trudniej tam znaleźć nocleg. Tak przy okazji, to z tego co słyszeliśmy od lokalnych mieszkańców w zimie ceny noclegów skaczą mniej więcej dwukrotnie w porównaniu z latem a i tak trzeba je rezerwować z dużym wyprzedzeniem bo jest tylu chętnych. W Thredbo znajdują się najdłuższe trasy zjazdowe w Australii i głównych zespół wyciągów narciarskich w całych Górach Śnieżnych, co sprawia, że jest to najlepsza baza dla narciarzy. W lecie też jest przyjemnie – można wjechać wyciągiem na punkt widokowy, skąd można też w ciągu kilku godzin zdobyć Górę Kościuszki. W lecie te okolice są też popularne wśród zawodowych kolarzy, którzy spędzają tu Europejską trenując przed nadchodzącymi wyścigami.

 
Mapa tras narciarskich w Thredbo.

Obok: Narty czekają na lepsze czasy (czyli na zimę)

Z Thredbo zamiast cofać się tą samą drogą w kierunku wybrzeża, postanowiliśmy pojechać okrężną ale piękną trasą widokową o nazwie Droga Alpejska (Alpine Way). Po drodze mija się kilka malowniczych sztucznych jezior powstałych po wybudowaniu tam (i elektrowni wodnych). 




Naszym ostatnim przystankiem w Górach Śnieżnych były Jaskinie Yarrangobilly. Jest to grupa ok. 60 jaskiń, z których tylko kilka można zwiedzić (w większości z przewodnikiem). My wybraliśmy się do South Glory Cave, jedynej jaskini którą można zwiedzać na własną rękę. Była to bardzo ciekawa wycieczka – jaskinie Yarrangobilly może nie są tak spektakularne jak te w Jenolan w Górach Błękitnych, ale za to zwiedzanie jest zorganizowane w znacznie mniej skomercjalizowany sposób – mniejsze grupy z przewodnikiem, mniej narzucające się sztuczne oświetlenie  i przede wszystkim możliwość zwiedzenia South Glory Cave na własną rękę. Dodatkową atrakcją jest basen w dolinie na świeżym powietrzu zasilany naturalnie przez gorące źródła, gdzie można relaksować się niezależnie od pory roku w temperaturze 27C. Bardzo polecamy jeśli ktoś będzie w tej okolicy!
 
 

Jeśli chodzi o informacje praktyczne, to za wjazd do samego parku narodowego Kościuszki, który obejmuje najwyżej położone partie Gór Śnieżnych, w tym Charlotte Pass, Thredbo, a także jaskinie Yarrangobilly trzeba zapłacić za każdy dzień pobytu. Cena zależy od pory roku – w lecie jest to $16 za samochód za każdy dzień pobytu, w zimie aż $27 za dzień. Warto też pamiętać, że wybierając się tam w zimie należy się zaopatrzyć w łańcuchy śniegowe na koła.

W

wtorek, 16 kwietnia 2013

Phillip Island i wschodnie wybrzeże Victorii: Australijskie pingwiny i piękno dzikiej przyrody

Z Great Ocean Road pojechaliśmy prosto w kierunku Phillip Island, omijając jednak Melbourne, bo zwiedziliśmy je już wcześniej.  Na noc zatrzymaliśmy się w miejscowości San Remo tuż przy wyspie Phillip Island, która była naszym głównym celem z powodu mieszkających tam pingwinów (tak, tak, pingwiny mieszkają też w Australii...) San Remo połączona jest z wyspą mostem, więc dojazd jest bardzo prosty.
Cape Conran (zobacz poniżej)
Phillip Island zamieszkuje liczna kolonia pingwinów z gatunku Little Penguin, które jak nazwa wskazuje są najmniejszym gatunkiem pingwinów na świecie (dorosłe osobniki osiągają ok. 30-33cm i ważą ok. 1,5kg). Głównym miejscem, gdzie można obserwować ich codzienny powrót na wyspę jest plażą Summerland Beach. Pingwiny wracają na wyspę tuż po zachodzie słońca, więc różni się to co do czasu zależnie od pory roku, np. w lecie jest to ok. 21szej. Wracają zawsze w grupkach i gdy się ściemnia, gdyż jest to ich strategia obrony przed potencjalnymi drapieżnikami (np. lisy, koty itp), stąd angielska nazwa ‘penguin parade’. Bilet kosztuje ponad $20 i można go sobie zarezerwować wcześniej przez tę stronę. 

Little Penguin: to i następne zdjęcia zostały zrobione w Sea World na Gold Coast - na Phillip Island podczas Penguin Parade obowiązuje zakaz fotografowania zwierząt
Na stronie jest też krótkie video pokazujące jak mniej więcej parada pingwinów wygląda. Zwróćcie uwagę na ludzi poubieranych w puchowe kurtki i czapki! My byliśmy tam w środku lata i szczerze powiem, że bez koca byłoby tam ciężko wytrzymać. Przy wyjściu są powieszone tabliczki wskazujące na poziom zimna w skali od 1 do 4, tego wieczora, co my byliśmy niby było tylko 2, ale dla nas było bardzo zimno...


W grudniu był to akurat czas, kiedy dzieci pingwinów były już na tyle duże, że były w stanie samodzielnie wychodzić i spacerować  w okolicy swojego gniazda. Dzieci te, podobnie jak u ptaków muttonbird, o których pisaliśmy w poście o Great Ocean Road (16 akapit), przerastają swoich rodziców (są od nich większe i cięższe). Rodzice wyruszają rano po pożywienie, spędzają cały dzień w wodzie polując na ryby i wieczorem wracają ze zdobyczą, żeby nakarmić dziecko. Rozpoznają swoje dzieci po głosie – małe pingwiny piszczą wniebogłosy, kiedy zbliża się pora powrotu rodziców. A rodzice przynoszą im rybę w gardle i mały dosłownie się rzuca do dzioba, żeby ją wyciągnąć z gardła rodziców. Wygląda to trochę jakby się ze sobą biły. Najlepiej poczekać jakąś godzinę – półtorej od pojawienia się pierwszych pingwinów na plaży, gdyż wtedy przypływa ich tysiące i spacerują dosłownie wszędzie wokoło, można je oglądać dosłownie na wyciągnięcie ręki ze specjalnie wybudowanych drewnianych mostków spacerowych.

Tą okolicę zamieszkuje ok. 10,000 pingwinów i robią one tyle hałasu, że wydaje się, że cała wyspa skrzeczy (Litte penguins to chyba najbardziej  hałaśliwy gatunek pinwginów). Tak nam się podglądanie pingwinów podobało, że byliśmy jednymi z ostatnich wyjeżdżających i nawet dostrzegliśmy jednego pingwina, który dotarł na parking. Co do innych atrakcji Phillip Island, to na północnej stronie wyspy znajduje się największa w Australii kolonia fok Australian Fur Seals (ok. 16 tys), które na szczęście nie żywią się pingwinami, więc oba gatunki zwierząt mogą koegzystować. Na wyspie można również podpatrywać koale w Koala Conservation Centre.

Atrakcją San Remo jest codzienne karmienie żarłocznych pelikanów na plaży ok. 10 rano
My na Phillip Island byliśmy akurat w sylwestra, więc większą część wieczoru sylwestrowego spędziliśmy podpatrując pingwiny (i marznąc z zimna). Na noc zatrzymaliśmy się w pubie w San Remo, po drugiej stronie mostu łączącego ląd z Phillip Island. Jak się okazało w pubie była akurat duża impreza sylwestrowa, ściągnęli ludzie chyba z całej okolicy grał zespół na żywo i było calkiem przyjemnie. Na pewno sylwestra 2012 zapamiętamy, ale to głównie z powodu pingwinów!

Wilson Promontory

Z Sorrento wyruszyliśmy na Półwysep Wilson (Wilson Promontory) – jeden z najdzikszych obszarów Viktorii i jednocześnie najbardziej wysunięty na południe punkt kontynentu australijskiego. Ten duży półwysep (15,550 ha) objęty jest w całości ochroną – jest parkiem narodowym – co sprawia, że czuje się tam piękno nieskażonej cywilizacją przyrody. Dodatkowym atutem półwyspu jest piękne ukształtowanie terenu – porośnięte lasem wzgórza wpadające wprost do oceanu, skaliste  nabrzeże, piaszczyste plaże. Docenia to wiele ludzi i chętnie wybiera się tam na urlop. Na kempingu w parku nie można ot tak sobie zarezerwować miejsca, otóż na okresy świąteczne oraz przerwy szkolne odbywa się losowanie z pólrocznym wyprzedzeniem, gdzie zostaje przydzielone kto dostanie jedno z 474 pól namiotowych.




Pogoda w tym regionie (i ogólnie w Victorii) jest zupełnie inna niż w Queensland – nasze wakacje wypadły w środku lata a zmarzliśmy w tej okolicy na kość. Szczególnie na Wilson Promontory wiał bardzo silny mroźny wiatr z Antarktydy, przez co zupełnie nie dało się wytrzymać na plaży – nie dość, że było zimniej niż w Brisbane zimą, to jeszcze wiatr sypał piachem w oczy i niestety nie mogliśmy się zbyt długo rozkoszować urokami Squeaky Beach, która znana jest z trzeszczącego pod nogami białego piasku. Wybraliśmy się za to na krótki spacer po lesie wzdłuż Lilly Pilly Gully Nature Walk w poszukiwaniu wombatów, jednak niestety żadnego nam się nie udało dostrzec. Może dla nich też był za zimny dzień. W każdym razie możemy potwierdzić, że faktycznie wombaty tam mieszkają po niezaprzeczalnych dowodach pozostawionych na ścieżkach.
Squeaky Beach ze swoim białym piaskiem i arktycznym wiatrem...

Z Wilson Promontory ruszyliśmy dalej na wschód, zatrzymując się na noc w ładnej historycznej misjscowości Yarram. Ten region nazywa się Gippsland  i słynie z położonych tuż nad oceanem i ciągnących się kilometrami jezior. Nic dziwnego, że te okolice są bardzo popularne wśród wędkarzy – niemal co drugi mijany po drodze samochód ciągnął za sobą jakąś łódkę. Turystyczną stolicą regionu Gippsland jest miasto Lakes Entrance. Znajduje się tam kilka ciekawych punktów widokowych, z których można podziwiać jeziora i rozlewisko rzeki, gdzie pływają Australijskie, czyli czarne, łabędzie. Lakes Entrance jest o tyle nietypowe w porównaniu z innymi miejscowościami w tym regionie, że oferuje dostęp do morza, które normalnie jest odcięte od lądu poprzez nabrzeżne jeziora.

Nadmorski krajobraz w Gippsland
Poruszając się dalej na wschód, zajechaliśmy do punktu informacyjnego w miasteczku Orbost, gdzie polecono nam zwiedzenie pobliskiego wybrzeża, a szczególnie przylądka Cape Conran. Przylądek rzeczywiście okazał się warty zwiedzenia – ładne skaliste plaże, nadmorskie wzgórza i mało ludzi to zalety tych okolic.
Cape Conran
 

Przylądek Conran był naszym ostatnim przystankiem w Victorii – poruszając się dalej na wschód wkrótce pożegnaliśmy ten stan i znaleźliśmy się w Nowej Południowej Walii. Tam zatrzymaliśmy się na noc w ładnej miejscowości nadmorskiej o nazwie Eden. Miasteczko to jest bardzo popularne wśród turystów – zresztą nie bez powodu – więc musieliśmy się chwilę pokręcić, żeby znaleźć tam nocleg. Swoją atrakcyjność Eden zawdzięcza przepięknemu położeniu – na wzgórzu, z którego rozciągają się przepiękne widoki na skaliste wybrzeże w okolicy.
Eden

Miasteczko ma też malowniczo położony niewielki port, gdzie zawijają kutry rybackie pełne ryb i owoców morza. W swoim czasie było to znaczące centrum połowu wielorybów, czego można się dowiedzieć ze znajdującego się w miasteczku muzeum. Wieloryby często zatrzymują się na postój u wybrzeży Edenu i można je podobno łatwo wypatrzeć z platform widokowych na lądzie. Z portu można się też wybrać się na wycieczkę łódką po okolicznych wodach, w poszukiwaniu delfinów, których jest sporo w okolicy. Nam udało się nawet wypatrzyć kilka z punktu widokowego na brzegu!

Port w Eden

Rybak sprawnie czyszczący muszle na sprzedaż

W pobliżu Eden znajduje się kilka ciekawych parków narodowych, z trasami spacerowymi, z których część biegnie wzdłuż wybrzeża, dzięki czemu można się nacieszyć przepięknymi widokami. Polecamy czerwone klify zwane przez lokalnych Pinnacles, które znajdują się 8 km na północ od Eden, dojeżdża się drogą Haycock Road prowadzącą  również do Ben Boyd National Park. 

Pinnacles (okolice Eden)
Kopiec termitów (okolice Eden)
Na Eden zakończyliśmy zwiedzanie południowego wybrzeża Australii (samo Eden znajduje się już tak naprawdę na wschodnim wybrzeżu). Po opuszczeniu nadmorskiej drogi  postanowiliśmy dla odmiany skierować się z powrotem w głąb lądu, ale o tym już w następnym poście... 
J&W